16.7.14

Hania wróciła. Po tygodniu bez niej, mam wrażenie, że jej radość jest jeszcze większa niż zwykle.
W upalne dni w mieście korzystamy z miejskich rozrywek, jak plenerowe przedstawienia (Czerwony Kapturek Teatru Polonia polecam!) czy kurtyny wodne (wjechanie w taką na rowerze jest bardzo miłe, patrzenie jak chwilę potem Córka ze śmiechem w nią wbiega i po sekundzie jest cała mokra też. Ale jeszcze fajniej jest się do niej, takiej mokrej i zimnej, przytulić :))

Tymczasem komunikaty z obozu pozytywne. Wojtek na zdjęciach pojawia się w różnych ubraniach (uff..), a czasem nawet i z uśmiechem. Podczas pierwszej rozmowy telefonicznej był bardzo podekscytowany i buzia mu się nie zamykała. Podczas drugiej, już niewiele miał nam do powiedzenia i szybko rozmowę zakończył. Czy to wskazuje na postawę telefoniczną w dorosłym życiu? Tj, będzie do nas dzwonił jak mu żona przypomni, czy będzie co drugi dzień sprawdzał jak się rodzice czują?

Zdjęcie bez związku z tekstem. I nie wiem czy bardziej rozczula mnie dzieło Hani, czy temat dzieła jej przedszkolnej koleżanki :)

8.7.14

Z serii rozmawiamy

"Pusto tu bez Hani" powiedział Chłopak.
Wcześniej prawie tydzień spędził bez siostry z babcią nad morzem i jeden dzień i z siostrą i z tatą. A mimo to wystarczyło, żeby docenił skarb jaki ma :)
Czy to nie są najmilsze słowa jakie rodzic może usłyszeć? Moim marzeniem było, żeby nasze dzieci się przyjaźniły. I sądząc po tym co usłyszałam chyba się udało :)

A Hania rzeczywiście ma w sobie coś co sprawia, że ludzie ją lubią. Dorośli się zachwycają, ale też dzieci do niej lgną (już od kilkorga rodziców w przedszkolu usłyszałam, że ich dzieci mówią w domu głównie o Hani).
Może to fakt, że ciągle się śmieje? A może to jakaś głębsza, dobra energia?
W każdym razie dla naszej trójki ponuraków i introwertyków jest prawdziwym darem.
I fajnie, że nie tylko ja to doceniam :)

Rodzeństwo.


Radość. To słowo to kwintesencja Dziewczyny.


7.7.14

Dzieje się!

Zuch Wojtek pojechał na obóz zuchowy. Przy pożegnaniu był dzielny, a ja byłam dzielna jeszcze bardziej (pomagał mi widok płaczącej mamy Poli, bo czułam, że skoro ona płacze, to ja już nie mogę, bo dwie rozklejające się baby to byłoby już za dużo).
Wieści z obozu są enigmatyczne, bo zasięgu brak. Wiem tylko, że nikt wieczorem nie płacze, a z tych kilku zdjęć, które dostaliśmy widać, że nawet wszyscy są uśmiechnięci :) 
A Wojtek ubrany jest w te dżinsy, które miały być do munduru i bluzkę, która miała być do zniszczenia. Hmm.. Czy efekt będzie taki, że te dwie siły się wyzerują i wrócą do domu w stanie znośnym i dżinsy i T-shirt? I co on założy do munduru?? Te spodnie co to zaraz będą mieć dziury na kolanach, co mu je dałam, żeby zniszczył do końca?
Tomek z uśmiechem obejrzał zdjęcia syna, zarejestrował co ten ma na sobie i powiedział "No, to teraz poczekajmy na kolejną partię zdjęć i zobaczymy czy ubrany jest w to samo." (bo to była moja rozterka - spakować dziecko porządnie, czy dać mu dwie koszulki, bo, umówmy się, i tak tylko w maksymalnie dwóch będzie chodził).

Tuż przed odjazdem.
Dziewczyna z kolei z babcią w Kołobrzegu. Chyba zadowolona, wnioskuję po ostatniej rozmowie.

Ja za to skończyłam spódnicę i jestem z tego bardzo, bardzo, bardzo dumna.
Teraz, dla odmiany, planuję nasze wspólne wakacje w Sudetach (co było moim marzeniem od dawna!) i myślę sobie, że planowanie palcem po mapie jest taaakie przyjemne :)

Wczoraj natomiast, korzystając z wolnych wieczorów, pojechaliśmy z Tomkiem na pokaz filmu pod chmurką. Wyjść z domu w niedzielny, późny wieczór z mężem, do tego na rowerach było cudownie! No i nie pamiętałam, ze centrum miasta wieczorem może być takie gwarne :)

Także niby nic, a dzieje się w naszej rodzinie wiele :)

3.7.14

Za tych co nad morzem. Suplement

Klimat  jak z czasów Borewicza :)

Wakacje rozpoczęte! Dzieci w rozjazdach. Aktualnie cała rodzina nad morzem. Ja w domu, sama :) Chwilowo co prawda, jutro Wojtek z tatą wracają, w sobotę Chłopaka odstawiamy na pierwszy samodzielny wyjazd.
Dla Hani będzie to pierwszy tydzień bez mamy. Ale się Dziewczyna uchowała! Wojtek na pierwsze wakacje z babcią pojechał jak miał 2,5 roku.

Wczoraj w pociągu Hanka była rozczarowana, że nie ma w nim Wojtka. Zrozumiała, że on i Babcia będą w nim jak wsiądzie z tatą. Po wyjaśnieniu sytuacji w 3 minuty zasnęła, jak raportował tata. Dzisiejsze poranne powitanie było pełne radości (Hanka) i zdystansowania (Wojtek). Tomek twierdzi, że chyba Chłopak nie zdążył się stęsknić. Ciekawe jak będzie nas witał po obozie..

Tymczasem ja rozpracowuję internetowe instrukcje jak uszyć spódnicę z półkola. Łatwo nie jest, hehe.
A w przerwach wspominam mój krótki pobyt w Kołobrzegu. Pogoda była wtedy jak to tylko w wakacje nad Bałtykiem :)
Ale morze to morze.





I tylko dzieci jakieś takie małe.. A to raptem dwa lata temu było.
Prehistoria.


19.6.14

Za tych co nad morzem.

W klimacie naszych najbliższych wojaży, choć z drugiej strony wcale nie...

W zeszłym roku pojechałam z Hanią i z moją przyjaciółką i jej rodziną nad morze, pod namiot. Nasz wyjazd (tj. mój i Dziewczyny) był zupełnie spontaniczny i jednocześnie był to najcudowniejszy z moich ostatnich wyjazdów. Choć jak tu go porównywać do podróży do Nowego Jorku lub na Bali. :)
W każdym razie był maksymalnie zasilający, a źródłem było tam wszystko: towarzystwo w jakim się znalazłam, las przez który dłuuugo szło się nad morze, kemping na odludziu w stylu retro i samo morze rzecz jasna.
Hania, która z natury jest bardzo pogodna i często się śmieje, tam dawała z siebie wszystko i śmiała się bez przerwy wzbudzając sympatię wśród wszystkich dookoła. A co poniektórzy, patrząc na nią z zachwytem, mówili "Och, jak chciałabym być Hanią". Czułam dokładnie to samo :)

A po dwóch tygodniach dołączył do nas Chłopak z tatą. I też było fajnie, ale już inaczej.

Niesamowite, że to było prawie rok temu, a ja wciąż z tego czerpię :)


Droga nad morze
Z wizytą w Dębkach. Połowa lipca, trochę trudno uwierzyć, prawda?
A na prawdę cały tłum był za mną, nad Piaśnicą :)

A tak wyglądała "nasza" plaża, bez żadnych trików.
Pustka i tylko nasze parawany widać.
Kokosowy Hotel

A tu plaża prawie pełna ;)

Figielki w oku :)





A na sam koniec Łeba, czyli kwintesencja polskich nadmorskich rozrywek: tłum, kicz, głośna muzyka i wszelkiego rodzaju ohydztwa do jedzenia co 5 metrów. I jeszcze samo miasteczko, kiedyś pewnie ładne, teraz oszpecone "nowoczesną" architekturą. Brrr... Jak przyjemnie było wrócić na nasz kemping, gdzie było cicho i biały płotek cieszył oko.




14.6.14

I po burzy.

Zimny czerwcowy wieczór, na tarasie po drugiej stronie podwórka właśnie rozkręca się impreza. Głośniki mają wielkie, więc jeszcze dzisiaj usłyszymy :)
My tymczasem jesteśmy po rodzinnej uroczystości. Bardzo nieprzyjemnej, bo z wielką awanturą po środku. Po niej nic już nie będzie takie samo.
W moim przypadku z rodziną to tylko na zdjęciu, niestety..
Siadłam właśnie do komputera, do pracy, pełna jeszcze złych emocji i myśli krążących nad tym co się stało.
I nagle pomyślałam, że to dobrze, że to się stało. Czuję, że z tej próby, którą życie przede mną stawiło, wyszłam zwycięsko. Nie przejęłam agresji strony atakującej, nie tłumaczyłam się, nie skuliłam się w sobie. Walczyłam o swoje granice. A wsparł mnie mój mąż.
Jednocześnie poczułam, że odwinęłam kolejne sreberko, kolejna rzecz odhaczona. Do przepracowania, ale jednocześnie to krok do przodu, a nie zapadanie się w dół. Trudne, ale czuję teraz swoją siłę i wiem, że dam sobie radę ("bo mam tę moooc", jak śpiewa Hania :)).

Publikuję to dla samej siebie, choć z dziećmi nie ma to żadnego związku (no chyba, że z moim, wewnętrznym). Żeby pamiętać. Albo, żeby przeczytać za jakiś czas i uśmiechnąć się, że to już dawno za mną.

Kurczę, no zadowolona z siebie jestem, mimo łez w oczach :)

Moje źródło.
W Beskidzie, a jakże :)
Aż zaczęłam podrygiwać do tej muzyki zza okna :)

P.S. Post Joanny czytałam dawno, teraz tylko go podlinkowałam, a przeczytałam jak już wszystko tutaj napisałam i wstawiłam zdjęcie. I dopiero wtedy zobaczyłam, że ona zilustrowała podobny temat fotografiami zieleni i to z podobnym podpisem :)
A z drugiej strony, to dzięki niej odkryłam, że natura jest dla mnie tak ważna, więc wcale mnie to nie powinno dziwić :)